Znalazłam mieszkanie z wieeelką kuchnią. I uwielbiam podjadać! Wobec takich argumentów zaczęłam gotowanie. Przepisy proste,kolorowe i bez liczenia kalorii,w końcu jedzenie to frajda! Oblizywanie miski,ugniatanie rękami, podjadanie i brudzenie - dozwolone!
Większość kobiet jest nieobliczalna. Nielogiczna. Nieustatkowana. Niezrozumiała. Nieustepliwa. Nieokrzesana. Nieprzewidywalna :) Dzisiaj jestem na to chodzącym dowodem.
Dzień zaczął się wręcz cudnie- dawno nie było we mnie tyle energii. Całą drogę do pracy w tramwaju śmiałam się do swoich myśli tak intensywnie, że próby zachowania twarzy porzuciłam już przed pierwszym przystankiem. Potem praca a tam nagłe załamanie i kryzys godny krachu na światowej giełdzie. Z całkiem oczywistego powodu- jakikolwiek on był, na pewno musiał być dobry... Potem nagle świat znowu stał się wspaniały. Cała promieniałam. A w domu postanawiam "zrobić się na bóstwo" i tym razem przychodzi mi to wyjątkowo łatwo! Czuje siłe i rozpierającą mnie radość.
A potem.. potem Bóg stworzył mężczyzne na swoje podobieństwo i wzór, tyle że tenże nie chciał zbytnio sie stosować do wzoru. Historia stara jak świat, niech się feministki cieszą: oto kolejny dowód na to, że rozwój kobiety tłamszony jest przez "złego samca" :D
Wzburzyło mnie to na tyle, że sięgnełam po słodkie. A najpierw upiekłam. Przepis powstały z tej diabelicznej inspiracji zamieszczam poniżej.
Z dedykacją dla każdej kobiety ;) Bo jesteśmy wielkie, a co!
ps. Nielogiczność stylistyki wypowiedzi należy mi wybaczyć i uzasadnić owym wzburzeniem ;)
Nielogiczne ciasteczka
1 opakowanie ciasta francuskiego
2 dojrzałe banany
1 serek homogenizowany waniliowy
czekolada (ja użyłam nutelli)
15 dag pudru
2-3 łyżki soku z cytryny
2 łyżki ciepłej wody
papier do pieczenia
Jak?
Obrać banany i pokroić w kostkę, następnie zagnieść widelcem
Połowę bananów wymieszać z czekoladą , drugą połowę z serkiem
Ciasto rozwałkować na placek grubości ok 4 mm
WARIANT 1:Pociąć w kwadraty 6x6 cm
Na środku każdego z kwadratów nałożyć łyżeczką nadzienie: na połowe czekoladowe, na połowe serek
Złożyć ze sobą przeciwległe rogi kwadratów, zlepiając dokładnie boki
WARIANT 2: pokroić w trójkąty
Nałożyć nadzienie przy podstawie trójkąta
Delikatnie zawijać i zalepiać brzegi
Zmieszać w kubku puder, wode i sok z cytryny, aż utworzy się lukier
Pędzelkiem lub łyżeczką polać ciastka lukrem i wyłożyć je na blasze z papierem do pieczenia (nie używać folii aluminiowej!)
Chwile tu nie zaglądałam a tu taka niespodzianka! Okazuje się, że licznik wejść na strone przekroczył pierwszy 1000! Nigdy bym nie pomyślała, że mój bądź co bądź ostatnio zaniedbywany blog będzie kogoś interesował :) Musze przyznać, że to baaardzo miłe uczucie wiedzieć, że komuś udało mi się pomóc. Dziękuje zaglądającym :)
Tym czasem za oknem śnieg. Chociaż nie przepadam za zimnem, nienawidze grubych swetrów i kurtek ani elektryzujących się włosów, to nie ma dla mnie nic piękniejszego niż skrzący się w nocy biały puch otulający miasto. Taki widok przypomina mi chwile, kiedy siadałam z tata przy oknie wyzawijana w elektryczny koc i grałam z nim w karty, a mama piekła szarlotke, którą zjadaliśmy zawsze natychmiast po wyjęciu z piekarnika.
I choć nie jestem w stanie upiec szarlotki, która dorównałaby smakowi ze wspomnień, to uznałam, że mogę zrobić coś, co przeniesie mnie do tamtej chwili i bedzię rozgrzewać równie mocno w zimowe wieczory... Efeketem moich działań są te 3 przepisy:
Zupa śniegowa
1 mała cebulka drobno posiekana
ząbek czosnku
1/2 kg ziemniaków
szklanka bulionu
2 świeże liście szałwii
4 puszki bałej fasoli
1/2 szklanki gęstej śmietany
2 łyżki oliwy
sól, pieprz kajeński
Jak?
Cebulke poddusić na oliwie.
Dodać starty czosnek oraz obrane i pokrojone w drobną kostkę ziemniaki
Po około 2 minutach wlać bulion i dodać szałwie.
Dusić na małym ogniu aż ziemniaki będą miękkie
Następnie dodać odsączoną fasolkę i zdjąć całość z ognia.
Po ostudzeniu wyjąć szałwie a resztę zupy "zblenderować" blenderem
Przyprawić pieprzem kajeńskim i solą oraz dodać śmietanę
Następnie zupę znowu podgrzać.
Zupę można podawać z tostami z parmezanem i skropioną sosem sojowym
Podobno istnieje też święty kwartet smaków: słodko, ostro, słono, kwaśno. Najlepsze dania to takie, które łączą wszystkie 4 smaki... Ale po co iść na łatwiznę i łączyć je jednocześnie? ;)
Tak właśnie! :) Mocne charaketry wymagają zdecydowanych smaków w kuchni! Jestem tego żywopodjadającym przykładem. Bądź co bądź nie zamierzonym przykładem, ale skoro już tak wyszło postanowiłam iść za ciosem. Po baaardzo słodkim i kalorycznym torcie nadszedł czas na resztę listy. No to przygotowałam! A więc dziś będzie ostro, będzie kwaśno i będzie słono. Widzów o słabych nerwach prosimy o opuszczenie sali. Reszta- do dzieła! ;)
Kwaśnuch indyczy z camembert
2 filety z indyka (może być kurczak, ale osobiście uważam, że jest on zbyt mdły)
1 camembert
słoik żurawiny
1 cytryna
1 limonka
4 łyżki soku z grejpfruta
bułka tarta
1 jajko
olej
sól, pieprz
papryka słodka
czosnek
lyżeczka cukru
Jak?
Oczyszczamy filet z idyka. Możemy pokroić go w plasterki.
Następnie wkładamy indyka do miski i przyprawiamy: solą, pieprzem, papryką, czosnkiem i dodajemy łyżke oleju.
W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 240 stopni
Limonkę myjemy i kroimy w plasterki.
Rozmłócamy jajko i obtaczamy w nim cały ser
Później obtaczamy ser w bułce tartej (im więcej, tym lepiej :)
Naczynie żaroodporne smarujemy olejem i układamy w nim mięso i ser. Na mięsie układamy plasterki limonki. Zakrywamy folią aluminiową i wkładamy do piekarnika
Pieczemy całość ok 30-40 min
W międzyczasie przygotowujemy sos: podgrzewamy w rondelku na małym ogniu ok pół słoika żurawiny
Dolewamy do tego sok z całej cytryny i sok z grejpfruta
Dodajemy 1-2 łyżki oleju, startą skórkę z cytryny i cukier
Gotujemy na małym ogniu aż sos zgęstnieje
Gotowe mięso i ser polewamy sosem i podajemy np z ziemniaczkami (które można zapiec razem z mięsem)
Tak, niestety. Trzeba to przyznać - mnie też dopadła jesienna zmora. A przynajmniej na jesień próbuje zwalić wine za moją okrutną rozlazłość, ckliwość i ogólną stagnację. Mam jednak chwilami jakieś przebłyski nadziei i geniuszu i uruchamia się we mnie wola walki.
Fakt jednak, że nic tak nie nakręca mnie do działania, jak jedzeniowe zachcianki. No a traf chciał, że właśnie dziś poczułam, że moja egzystencja jest uzależniona od tortu z masą, od której robi się co najmniej mdło, ale której nie sposób się oprzeć.
Wyszło, co wyszyło :) Ale przygotowanie trwało 15 min, a smakowało wszystkim. I humor też poprawiło :)
"Jesienna smutkozapychajka"
2 opakowania biszkoptów
2 tabliczki czekolay (1 mleczna, 1 gorzka)
budyń waniliowy
mleko
1/2 masła
łyżeczka soku z cytryny
2 banany
Jak?
Na okrągłej blasze układamy biszkopty, staramy się "zalepić" wszystkie przerwy pomiędzy nimi
Na małym ogniu topimy jedną tabliczkę czekolady, dodajemy kilka kropel mleka (żeby czekolada nie była zbyt gęsta, ani zbyt rzadka) i pół łyżeczki masła
Stopioną czekoladę wylewamy na biszkopty i wstawiamy całość do lodówki
W międzyczasie przygotowujemy budyń wg przepisu z opakowania, gotowy studzimy w lodówce
Masło ucieramy, żeby było miękkie i następnie mieszamy z budyniem
Dodajemy do masy sok z cytryny
Kroimy banany w cienkie plasterki
Cienką warstwę masy nakładamy na biszkopty z czekoladą
Następnie układamy banany i dajemy resztę masy
Na górę ciasta kładziemy biszkopty
Topimy drugą tabliczkę czekolady i delikatnie wylewamy ją na ciasto za pomocą łyżki, tworząc "esy-floresy" dla ozdoby :)
Gotowe ciasto wkładamy do lodówki na min 2 godz i gotowe (chcociaż moi goście nie chcieli czekać ;)
Tak, tak. Nadszedł wreszcie moment żeby zdumchnąć kurz z moich kuchennych przyborów i tchnąć życie w sztućce. Wreszcie udało mi się znaleźć chwilę na zapisanie paru przepisów.
Jak sobie obiecałam, w czasie swojej przerwy wcale nie próżnowałam i powracam ze świeżymi pomysłami :)
Wciąż jednak martwi mnie przyszłość a z nia nadciągające (już dostrzegam ich wyłaniające się zza horyzontu sylwetki) obowiązki, prace, zobowiązania i projekty do zrobienia.. niczym wielka narastająca masa, któa pędzi by porwać wszystko ze sobą. A ja wciąż nie potrafie sie oprzeć pokusie marnotrawienia czasu. Wciąż wszystko odkładam, przekładam, opóźniam, omijam.. zamiatam pod ten przysłowiowy dywan, upycham do tej szafy. Jakby dzięki temu wszystko miało zniknąć albo zrobić się samo. I gdzie jest teraz to moje zorganizowane alter ego ja sie pytam?!
Na szczęście chociaż tutaj uda mi się coś zrobić. A zatem do dzieła!
Nie ma to coś jeszcze nazwy, wariantów było już kilka :) A zaczęło się od znajomej wegetarianki i jej przepisu..potem było grzybobranie.. A skończyło się w piekarniku.
Teraz podaje wersje własną, a nawet kilka jej odsłon. No ale do własnego eksperymentowania też zachęcam!
Przygoda z folią i piekarnikiem cz.1 - na szybcika
opakowanie mieszanki chińskiej mrożonej
2 piersi z kurczaka
30 dag pieczarek
1 cebula
mała cukinia
kilka łyżek oleju
sól,pieprz
zioła prowansalskie
czosnek
folia aluminiowa do pieczenia
ryż
Jak?
Pieczarki, cebulę i cukinię kroimy w kostkę
Mrożonkę chińską i reszte warzyw mieszamy w misce, przyprawiając solą pieprzem, ziołami i czosnkiem
Kurczaka kroimy w kostkę, solimy i pieprzymy, mieszamy z warzywami
Przygotowujemy 4 kawałki folii aluminiowej (ok 30 cm dl) , smarujemy je pośrodku olejem
Na każdą folię nakładamy porcję miesa z warzywami i zawijamy
Folie układamy na brytfance i wstawiamy do piekarnika na 250 stopni na ok 20-25 min
W międzyczasie gotujemy ryż
Mozna podawać ze śmietaną lub sosem czosnkowo-jogurtowym :)
Bardzo mi przykro, bo odczuwam to jako osobistą kleskę (a przegrywać wręcz nie znoszę!), ale muszę spojrzeć prawdzie w oczy: ostatnio bardzo zaniedbuje gotowanie, a co za tym idzie również bloga. Wyznaje zasadę, że jeśli coś robić to na 100%, z sercem i zapałem, a jeśli jest inaczej lepiej zostawić to innym.
Dlatego postanowiłam, że chwilowo zawieszam swoją blogowo-kulinarną działalność. W wolnych chwilach postaram się zebrać nowe przepisy, poszukać inspiracji, poszaleć nad garnkami ;) Póki co jednak, na pierwszym miejscu stawiam studia i pracę.. Obiecuję powrócić za 3, może 4 tygodnie..
Dziekuję wszystkim zaglądającym i przepraszam, za to opuszczenie..